Pod koniec stycznia tego roku wyczułam powiększone węzły w okolicy
obojczyków. Następnego dnia wspomniałam o tym endokrynologowi, u którego miałam
wizytę. Podumał chwilę, popatrzył, stwierdził że wg niego jest ok, że to tylko tłuszczyk ale skoro widzę jaką
asymetrię to lepiej zrobić USG (dzięki ci Pracodawco opłacający abonament w
prywatnej lecznicy). Uspokojona tym, że
pan doktor sam nic nie zauważył (choć badał szyję) zwlekałam z badaniem, aż 19 02 wyczułam guzek w piersi. Galopem
umówiłam się prywatnie na USG piersi (w mojej lecznicy musiałabym czekać około
3 tyg.) i po dwóch dniach dowiedziałam się, że tam gdzie ja wyczuwam zgrubienie
nic nie ma, ale w innym miejscu jest torbiel a w drugiej piersi zmiana lita.
Guzek czyli. 2 03 przeprowadzono biopsję
cienkoigłową. Oczekując na jej wynik, robiłam zakłady z Panem Bogiem o zdrowie
mamy, która też czekała na wynik histopatologiczny jelita. Mówiłam mu, że
jeżeli któraś z nas musi być chora to lepiej ja, bo jestem młodsza, guzek jest
malutki i "jakby co" to na pewno uda mi się z tego wyjść. 11 03
odebrałam wynik biopsji - okazało się, że rozmaz jest niemiarodajny bo nie zawiera
komórek nabłonka. Jednym słowem operator nie trafił igłą w guzek choć robił to pod kontrolą USG. Lecznica nie
raczyła mnie o tym poinformować, czekając aż sama zgłoszę się po wynik. W tzw.
międzyczasie zrobiłam USG węzłów chłonnych i okazało się, że są powiększone, bez wyraźnej zatoki i potrzebna jest dalsza diagnostyka. Zacisnęłam
pięści i wymyśliłam, ze zwrócę się do
pani docent, która uchodzi za świetnego fachowca w swojej dziedzinie i która
kilka lat temu diagnozowała moją mamę. Pani docent ma świetny PR, chwali się w
internecie i w mediach, no i mama ją chwali - będzie dobrze. Pani docent
zainkasowała gotówkę, wizyta trwała 4 minuty, dowiedziałam się, że biopsję
trzeba powtórzyć (to ci niespodzianka) i
ona zaprasza za dwa tygodnie do siebie do szpitala z tą kartką, to zrobi
biopsję piersi i węzłów chłonnych. Zgłosiłam się w wyznaczonym terminie, przestraszona ale zadowolona, że w końcu
się dowiem czy mogę robić plany na przyszłość, czy lepiej się z tym wstrzymać.
I się zaczęło.
Pół godziny czekania w rejestracji do poradni. Rejestracja -
parter.
Rejestracja odsyła do pani docent. Pani docent - 1 piętro,
za łącznikiem.
Pani docent ponownie odsyła do rejestracji aby wklepała mnie
do kompa.
Rejestracja odmawia,
bo musi być skierowanie.
Pani docent pyta
jakie skierowanie.
Ja płaczę na korytarzu z bezsilności, do rejestracji biegnie
więc mąż żeby zapytać jakie skierowani e-od rodzinnego czy od pani docent.
Może być od pani docent.
Pani docent zaskoczona
ale jak to, to nie trzeba od rodzinnego?
Dzwoni do rejestracji i jeszcze dla
pewności do niej schodzi - czy ona aby
na pewno ma wystawić to skierowanie.
(Ja się zastanawiam o czym ona mówi, kazała mi przyjść choć
wiedziała ze potrzebuję jakiegoś skierowania?)
Rejestracja potwierdza.
Idziemy z panią docent po skierowanie.
Po 20 min oczekiwania mam skierowanie, ale pani docent mówi cos o terminach - aby sie dowiedzieć w
rejestracji. ( ale jak to, przecież biopsja miała być dziś?)
Jako dobrze wytresowana dziewczyna milczę i biegnę znów do
rejestracji ze skierowaniem, aby zapytać na ile realne jest to, że będę miała dziś
biopsję.
Rejestracja odpowiada
"to pani docent nie kazała do siebie wrócić?" no kazała "no
właśnie". OK.
Wracam do pani docent, która kieruje mnie do pracowni aby się umówić
na termin biopsji (?!).
W pracowni pan mi
mówi, że biopsję to on może zrobić mi za miesiąc, ale nie tę co tu napisano
tylko "zwykłą".
Znów do pani docent,
a pani docent poprawiwszy nazwę badania, oznajmiła że ona nie ma wpływu na
terminy i mogę poprosić lekarza, może się coś uda zrobić.
Podziękowałam i
wyszłam z pokoju lekarskiego. Brakło mi
sił nawet na awanturę. Nie wiem co
zaszło w tym szpitalu, dlaczego rano jeszcze podczas pierwszego widzenia z
panią docent miałam mieć przeprowadzone badania a potem się ze wszystkiego wycofała. Spędziłam
tam 3,5 h na bieganiu pomiędzy pokojem lekarskim i rejestracją i załatwianiem
formalności. Wyszłam z niczym. Mija
prawie półtora miesiąca od mojego USG potwierdzającego
guzek, a ja nadal nie wiem co mi jest. Tyle
się trąbi o szybkim działaniu, szybkiej diagnozie i szybkim leczeniu. Jestem
rozżalona, bo gdyby mi tej biopsji nie
zaproponowała, to zrobiłabym ją już dawno prywatnie. Nie wiem też, czemu
zrezygnowała ze zrobienia mi badań - nie spodobała jej się moja facjata? Czy
może mój mąż z włosami do pasa? (który, notabene, do pracy dotarł na 12 zamiast na 8, żeby nie
zostawiać mnie samej z tym bajzlem). Od kilku dni "ciągnie" mnie
węzeł pod pachą. Nie wiem co dalej...