Przeprowadzona jestem. Nareszcie. Czwartek i piątek upłynęły pod znakiem przeprowadzania i rozpakowywania. Sobota zaś była dniem sprzątania. Wszystkie trzy dni były wyczerpujące nieziemsko i niedziela miała być dniem lenistwa, odpoczynku i nicnierobienia. I byłaby gdyby Piesenka z okazji przeprowadzki i rozpoczęcia nowego rozdziału w życiu, nie złapała jakiejś bakterii czy innego wirusa.
Niedziela rozpoczęła się dla nas o godz. 3.46 kiedy to Piesenka wygłosiła pilna potrzebę opuszczenia domostwa. Ponieważ ja z tych tchórzliwych a Piesenka w pośpiechu nie miała głowy do czuwania nad moim bezpieczeństwem, PanY wyprowadził nas obie na spacer, drapiąc się po głowie i zastanawiając co on zrobił ze swoim życiem przygarniając nas pod swój dach. Okazało się, że Piesenkę dopadła ostra biegunka. Powrócilismy do domu w przekonaniu, że zjadła coś niejadalnego i teraz sie tego pozbyła. Nic bardziej mylnego. Kolejny alarm nastąpił o 6.18. Znów udaliśmy się w trójkę na spacerek wokół bloków. Nawet nie chcę się zastanawiać co o nas myślą ci z sąsiadów, którzy cierpią na bezsenność i widzieli nasze wędrówki... Kiedy około 9 poczułam lizanie w stopę i usłyszałam zawodzenie dobiegające spod drzwi, w rozpaczy zasugerowałam Piesence aby opróżniła portki na posadzce a ja to wszyściutko pięknie posprzątam. Na moje szczęście Piesenka nie z tych i wytrwale domagała się spaceru. Kiedy alarm powtórzył się około południa przeraziłam się tej regularności i doszłam do wniosku, że niestrawność nie ma zegarka i może to jest coś poważniejszego. Zapakowaliśmy się w trójkę do tramwaju i pojechaliśmy do lekarza Piesenki, który gabinet ma w naszej starej dzielnicy, czyli na drugim końcu miasta. Po drodze okazało się, że chorość objawiła się też w formie wymiotów. Mimo tych perturbacji Piesenka wciąż była żwawa i chętna do zabawy, ciężko było jej wyjasnić że kot w poczekalni nie jest w nastroju do harcy. Wet zapakował jej końską dawkę antybiotyku, zabronił karmić (bidula głoduje od wczoraj) i stwierdził, że chyba się zaczyna epidemia bo to już kolejny pies z taką przypadłością. Spod roztapiającego się śniegu wyłażą wszystkie bakterie i wirusy i atakują. Jutro znów musimy jechac na zastrzyk. PanY postanowił skorzystać z okazji i w drodze powrotnej wstapić do Castoramy po różne niezbędne mu akcesoria. W efekcie naraził się Młodej,która bardzo nie lubi jak się jej stado rozłazi i wypatruje wszędzie tego osobnika, który się odłączył od reszty. Przybył do domu dwie godziny po nas, zmęczony i zziajany. Zjadł obiad, złapał gitarę i poleciał na próbę. Piesenka śpi właściwie odkąd wróciłyśmy do domu, więc mam spokój i ciszę i właśnie sobie siedzę i ogarniam sytuację. Tak się przyzwyczaiłam do samotności i niezależności, że nie umiem się przyzwyczaić do ciągłej obecności drugiej osoby. Jak dobrze, że on gra i choć te niedzielne wieczory będę miała dla siebie. Jak się rozeznam we własnych odczuciach to skrobnę. Zawsze to łatwiej się połapać co i jak, jak tak sobie człowiek wszystko opisze :)