No i jestem. Wraz z pierwszym powiewem wiosny w Mieście wracam do pisaniny.
Zaaklimatyzowałam się już w nowym miejscu. Pokochałam je - co niestety nie jest wskazane w sytuacji gdy się wynajmuje mieszkania. Ale jak mogłam nie zakochać się w miejscu, do którego wracam z przyjemnością, w którym się odprężam i w którym czuję się spokojna?
Wielkie Miasto,wielkie osiedle mieszkaniowe (nawet w Wikipedii o nim piszą ;) ), a ja wysiadam z autobusu i po lewej stronie mam łąkę i kawałek lasu w oddali, a po prawej bloki. Teraz dopiero widzę różnicę - w poprzedniej dzielnicy nie miałam takiego luksusu. Jako osoba pochodzaca z 30-tysięcznego Miasteczka, muszę powiedzieć,że przestrzeń ma znaczenie :D
Nie jest różowo z PanemY. Kłócimy się, docieramy. Każde z nas ma swoje przyzwyczajenia i nawyki.On np. Jest strasznym bałaganiarzem i zapomina o zamykaniu szafek, co mnie wkurza niemożebnie, a ja mogłabym żywić się śmieciowym jedzeniem, co dla niego jest nie do przyjęcia. Efekt? On jest odpowiedzialny za gotowanie a ja za sprzątanie. Póki co umiemy się dogadać i zaradzić problemom. Czasami tylko,kiedy wracam do domu i w popołudniowym słońcu oglądam świat z okien tramwaju, w głowie mi się plącze, że fajnie byłoby mieszkać w pojedynkę. Być sobie sterem,żeglarzem i okrętem. Jest to tylko błysk, bo zupełnie co innego myślę kiedy np.wracam do domu o 5 rano, po nocy spędzonej z koleżanką w kinie na Nocy Grozy, przy drzwiach wita mnie rozanielona Piesenka, a w cichej sypialni posapuje przez sen PanY. Wtedy czuję się najbogatszym człowiekiem na świecie. Jeszcze nie osiągnęłam równowagi w priorytetach i czasami potrzeba niezależności jest silniejsza, na szczęście czasami i tylko przez chwilę. Generalnie jest dobrze. I tylko systematyczności w prowadzeniu bloga brak. I nie potrafię się pozbyć żalu, że nie jestem przebojową osobą i nie nadaję się na freelancera. To przekreśla moje marzenia o pracy w zawodzie. Porażka sromotna...