Media trąbią o tym, że nasze życie pędzi i że nie zauważamy dni i miesięcy, przesuwających się lotem błyskawicy. Przemijamy. Przykazują,aby zwolnić. Nauczyć się oddzielać rzeczy ważne od drobiazgów. Poeci, pisarze, felietoniści prześcigają cię w peanach na cześć „slow life” – poranne spacerki, rowerki, kawki w kawiarniach,słoneczne uśmiechy spotykanych znajomych i sąsiadów, sielsko i anielsko. A co się dzieje kiedy życie faktycznie zwalnia? Nie dlatego, że udało się osiągnąć równowagę i harmonię ducha, ale w wyniku zupełnie nieplanowanego zdarzenia? Wtedy każdy dzień wygląda tak samo.Strach i obawa przed przyszłością. Spać chodzi się tak późno jak się da, żeby przed snem nie myśleć. Każdy poranek przynosi najpierw panikę, a potem żal, że jednak kolejny dzień wstał i znów trzeba żyć. Samoocena wala się na dnie, pod stertą mułu. Dobre samopoczucie gdzieś podobno kiedyś było ale nikt nie pamięta jak ono wygląda… Zero w tym sielskości, spokoju i odpoczynku. Wieczna huśtawka: jednego dnia światełko w tunelu – wiem co trzeba zrobić, planuję, a drugiego – czarna dziura i wysiłkiem są czynności takie jak poranna toaleta czy zrobienie sobie herbaty. Działania mające na celu zmianę sytuacji niby są podejmowane, ale brak im konkretnego kierunku, a przede wszystkim efektu.
Sternik wyzionął ducha i okręt dryfuje bez niego,coraz częściej marząc o mieliźnie…