środa, 29 czerwca 2011

Dno

Straciłam dziś pracę. 30 czerwca kończyła mi się umowa o pracę (zawarta na rok). Pod koniec maja pytałam Kierownika czego mogę się spodziewać - przedłużą mi umowę czy mam szukać czegoś nowego?Usłyszałam, że są ze mnie zadowoleni i nie mam czego się obawiać. No to się nie obawiałam. Czekałam cierpliwie. Dziś Dyrektor zaprosił mnie na rozmowę i oznajmił, że jest mu przykro ale decyzją zarządu moja umowa nie zostanie przedłużona. Okazało się, że Dyrektor zlożył wniosek o nowa umowę dla mnie ale Centrala nie zaakceptowała go.W ramach oszczędności firma tnie etaty i w ciągu najbliższych dwóch miesięcy jeszcze dwie osoby stracą pracę. Usłyszałam peany na swoją cześć, jakim to świetnym jestem pracownikiem. I zostałam bez pracy. Nie wiem zupełnie od czego zacząć i jak się w tym odnaleźć. Mam wykształcenie humanistyczne (co z tego że podyplomowe), 31 lat, nie mam dzieci (może więc poczuję presję czasu i zaciążę zaraz po tym jak znajde nową pracę),nie mam własnego kąta i znów mam zaczynać od zera. Wszystko na co pracowałam w ciągu ostatnich lat poszło się bujać. Korporacja. Dobrze, że nie poszłam na kurs prawa jazdy, przynajmniej jedno obciążenie finansowe mniej. Do bani...

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Na fali dobrego nastroju...

... umieszczam tu filmik, który niezmiennie poprawia mi humor. Mam go na pulpicie i w krytycznych momentach odpalam jednym kliknięciem myszki :D
http://http://www.youtube.com/watch?v=3RxTM36VKUY&feature=related

czwartek, 16 czerwca 2011

Popołudniowe przemyslenia

Spędziłam dziś zaskakująco miłe popołudnie. Z gazetką, kawką  i widokiem na róże, pięknie oświetlone przez słońce, stojące w Kaszubskiej filiżance na komodzie. Nie da się ukryć – połowa tej popołudniowej radochy to ten widok. Udana kompozycja ;)
Stres w pracy, docieranie się z PanemY i wieczny pesymizm mocna zszarpały mój układ nerwowy.  Niestety muszę się wspomagać również melisą i tabletkami (te ostatnie tylko okazjonalnie). Musiałam też nauczyć się relaksu. Pomysłów mam wiele bo tyle rzeczy chciałabym zrobić, ale… no właśnie, ale zauważam u siebie w ostatnim czasie słomiany zapał. W głowie kilka projektów, tylko wytrwałości brak. Zupełnie jakby kreatywność i potrzeba poznawania/działania/tworzenia , zostały stłamszone przez „nie dam rady/nie warto/po co?” Póki co udało mi się wrócić do ręcznych robótek — haft i papierki sprawiają, ze robię się coraz bardziej kreatywna i spokojna.  Zabroniłam sobie myśleć o pracy w domu, staram się wyeliminować stresujące czynniki (nie zawsze się da, wciąż się docieramy;) ) i częściej przytulam się do Piesenki. Wmówiłam sobie, że nawet jak mnie zwolnią to wyjdzie mi to na dobre. Skoro do tej pory było tak, że gdy wydarzyło się coś, co pozornie było dla mnie niekorzystne a potem okazywało się zrządzeniem losu, to czemu teraz miałoby być inaczej?  Póki nie kojarzy mi się wszystko z pracą, to jest całkiem ok. Może jednak na świecie nie jest tak źle jak mi się wydawało?
PS. Czy zna ktoś sposób na nauczenie mężczyzny zamykania lodówki?