poniedziałek, 30 marca 2015

Polska służba służbie zdrowia.


Pod koniec stycznia  tego roku wyczułam powiększone węzły w okolicy obojczyków. Następnego dnia wspomniałam o tym endokrynologowi, u którego miałam wizytę. Podumał chwilę, popatrzył, stwierdził że wg niego jest  ok, że to tylko tłuszczyk ale skoro widzę jaką asymetrię to lepiej zrobić USG (dzięki ci Pracodawco opłacający abonament w prywatnej lecznicy).  Uspokojona tym, że pan doktor sam nic nie zauważył (choć badał szyję) zwlekałam z badaniem,  aż 19 02 wyczułam guzek w piersi. Galopem umówiłam się prywatnie na USG piersi (w mojej lecznicy musiałabym czekać około 3 tyg.) i po dwóch dniach dowiedziałam się, że tam gdzie ja wyczuwam zgrubienie nic nie ma, ale w innym miejscu jest torbiel a w drugiej piersi zmiana lita. Guzek czyli.  2 03 przeprowadzono biopsję cienkoigłową. Oczekując na jej wynik, robiłam zakłady z Panem Bogiem o zdrowie mamy, która też czekała na wynik histopatologiczny jelita. Mówiłam mu, że jeżeli któraś z nas musi być chora to lepiej ja, bo jestem młodsza, guzek jest malutki i "jakby co" to na pewno uda mi się z tego wyjść. 11 03 odebrałam wynik biopsji - okazało się, że rozmaz jest niemiarodajny bo nie zawiera komórek nabłonka. Jednym słowem operator nie trafił igłą w guzek choć  robił to pod kontrolą USG. Lecznica nie raczyła mnie o tym poinformować, czekając aż sama zgłoszę się po wynik. W tzw. międzyczasie zrobiłam USG węzłów chłonnych i okazało się, że  są powiększone, bez wyraźnej zatoki i  potrzebna jest dalsza diagnostyka. Zacisnęłam pięści  i wymyśliłam, ze zwrócę się do pani docent, która uchodzi za świetnego fachowca w swojej dziedzinie i która kilka lat temu diagnozowała moją mamę. Pani docent ma świetny PR, chwali się w internecie i w mediach, no i mama ją chwali - będzie dobrze. Pani docent zainkasowała gotówkę, wizyta trwała 4 minuty, dowiedziałam się, że biopsję trzeba powtórzyć (to ci niespodzianka)  i ona zaprasza za dwa tygodnie do siebie do szpitala z tą kartką, to zrobi biopsję piersi i węzłów chłonnych. Zgłosiłam się w wyznaczonym terminie,  przestraszona ale zadowolona, że w końcu się dowiem czy mogę robić plany na przyszłość, czy lepiej się z tym wstrzymać. I się zaczęło. 

Pół godziny czekania w rejestracji do poradni. Rejestracja - parter.
Rejestracja odsyła do pani docent. Pani docent - 1 piętro, za łącznikiem.
Pani docent ponownie odsyła do rejestracji aby wklepała mnie do kompa.
 Rejestracja odmawia, bo musi być skierowanie.
 Pani docent pyta jakie skierowanie.
Ja płaczę na korytarzu z bezsilności, do rejestracji biegnie więc mąż żeby zapytać jakie skierowani e-od rodzinnego czy od pani docent.  
Może być od pani docent.
Pani docent zaskoczona  ale jak to,  to nie trzeba od rodzinnego? Dzwoni do rejestracji  i jeszcze dla pewności do niej schodzi  - czy ona aby na pewno ma wystawić to skierowanie.
(Ja się zastanawiam o czym ona mówi, kazała mi przyjść choć wiedziała ze potrzebuję jakiegoś skierowania?)
Rejestracja potwierdza.
Idziemy z panią docent po skierowanie.
Po 20 min oczekiwania mam skierowanie, ale pani docent  mówi cos o terminach - aby sie dowiedzieć w rejestracji. ( ale jak to, przecież biopsja miała być dziś?)
Jako dobrze wytresowana dziewczyna milczę i biegnę znów do rejestracji ze skierowaniem, aby zapytać  na ile realne jest to, że będę miała dziś biopsję.
 Rejestracja odpowiada "to pani docent nie kazała do siebie wrócić?" no kazała "no właśnie". OK.
Wracam do pani docent,  która kieruje mnie do pracowni aby się umówić na termin biopsji (?!).
 W pracowni pan mi mówi, że biopsję to on może zrobić mi za miesiąc, ale nie tę co tu napisano tylko "zwykłą".
 Znów do pani docent, a pani docent poprawiwszy nazwę badania, oznajmiła że ona nie ma wpływu na terminy i mogę poprosić lekarza, może się coś uda zrobić.
 Podziękowałam i wyszłam z pokoju lekarskiego.  Brakło mi sił nawet na awanturę.  Nie wiem co zaszło w tym szpitalu, dlaczego rano jeszcze podczas pierwszego widzenia z panią docent miałam mieć przeprowadzone badania  a potem się ze wszystkiego wycofała. Spędziłam tam 3,5 h na bieganiu pomiędzy pokojem lekarskim i rejestracją i załatwianiem formalności.  Wyszłam z niczym. Mija prawie półtora miesiąca od mojego USG  potwierdzającego guzek, a ja nadal nie wiem co mi jest.  Tyle się trąbi o szybkim działaniu, szybkiej diagnozie i szybkim leczeniu. Jestem rozżalona, bo  gdyby mi tej biopsji nie zaproponowała,  to zrobiłabym ją już dawno prywatnie. Nie wiem też, czemu zrezygnowała ze zrobienia mi badań - nie spodobała jej się moja facjata? Czy może mój mąż z włosami do pasa? (który, notabene,  do pracy dotarł na 12 zamiast na 8, żeby nie zostawiać mnie samej z tym bajzlem). Od kilku dni "ciągnie" mnie węzeł pod pachą. Nie wiem co dalej...