Moje życie zwolniło pół roku temu. Stało się tak nie z mojej inicjatywy, lecz z inicjatywy mojego pracodawcy, który nie przedłużył mi umowy o pracę. Wtedy to była tragedia - dziś wiem, że zrządzenie losu, opatrzność, czy inne czyjeś nade mną czuwanie. Umowa wygasła w chwili, kiedy moja psychika wraz z resztą organizmu zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Potrzebowałam 6 miesięcy aby to zauważyć. Pierwsze trzy to był koszmar, a w ciągu kolejnych trzech zauważyłam plusy tej sytuacji. Znów zaczęłam dostrzegać piękno świata, relaksować się, uspokajać. Odkryłam co chciałabym w życiu robić, zauważyłam, że żaden z moich lęków przed-przeprowadzkowych nie znalazł pokrycia w rzeczywistości. Zaczęłam żyć a nie gonić w piętkę. Dzięki blogowej koleżance
Ameby zaczęłam nawet nieśmiało planować przyszłość. Kiedy uznałam, że jest dobrze odezwał się mój były pracodawca. Mogę wrócić ale na mniej odpowiedzialne stanowisko, umowę zlecenie i niższą pensję. Wcześniej bym się na to nie zgodziła, ale teraz jest to dla mnie szansa, bo mając stały przypływ gotówki mogę podjąć działania w interesującym mnie kierunku. Musze tylko uważać aby nie wpaść znów w korporacyjne błędne koło (mam skłonności do pracoholizmu i postawy "300% normy"). Nauczyć się, że praca to margines a moje życie toczy się poza nią. Nigdy odwrotnie! Tak naprawdę to nie chcę tam wracać i dobrze, że musiałam podjąć decyzję w ciągu jednego dnia, bo gdybym dostała więcej czasu do namysłu to pewnie podziękowałabym. Od piątku oswajam się z nową sytuacją i dostrzegam coraz więcej jej plusów. A minusy? Też są, ale postanowiłam zacząć dostrzegać w życiu tylko plusy :D
Nie złamał mnie nawet dzisiejszy dzień, który miał być ostatnim dniem mojej laby (jadę dziś do rodzinnego Miasteczka) w pustym mieszkaniu. Nie był za sprawą gołębia, którego dostrzegłam w drodze do sklepu. Siedział bidok nastroszony pod klatką i nie uciekał. Postanowiłam odczekać i sprawdzić czy faktycznie nie może latać. Kiedy wracałam z zakupami nie spotkałam go pod klatką. Odetchnęłam, że to fałszywy alarm. Niestety. W tym momencie zauważyłam go na środku osiedlowej uliczki popijającego z kałuży. Zostawiłam zakupy w domu i uzbrojona w tekturowe pudełko poszłam łapać ptaka. Udało się! Ale co dalej? Znalazłam w sieci adres Ptasiego Azylu, który rzekomo ma pomagać ptakom w potrzebie, zapakowałam się w autobus i pojechałam. Spuszczono mnie na drzewo. Portier mi powiedział, że oni nie przyjmują ptaków i już. Proszę kontaktować się z leśnictwem. Leśnictwo nie odbierało telefonu, siedzibę miało w trzecim końcu miasta, na zadupiu do którego MPK dociera raz na tydzień. Jechać w ciemno? Nie odważyłam się bo zimno i ta kupka nieszczęścia zamarzłaby. Próbowałam dzwonić do azylu, aby potwierdzić słowa portiera ale akurat dziś telefony robiły mi na złość. Obdzwoniłam rodzinę i znajomych w poszukiwaniu hodowcy gołębi, bo może on byłby w stanie pomóc? Nie dość, że się nie udało to jeszcze się dowiedziałam, że powinnam ptaka zostawić bo takie są prawa natury, kot się nim zaopiekuje i takie tam. Stałam na środku ulicy i normalnie ryczałam z bezsilności, nie zwracając już nawet uwagi na przechodniów. Moi rozmówcy na zakończenie rozmowy prosili aby informować jak się sprawa zakończyła, ale nikt nie miał pomysłu co w takiej sytuacji zrobić. Zostałam z problemem sama. Jak już się nabuczałam i zużyłam stos chusteczek, olśniło mnie i pojechałam do naszej lecznicy weterynaryjnej, która znajduje się na czwartym końcu miasta. Zrobiłam z siebie kompletną idiotkę - puściły mi nerwy i całe napięcie zaczęło się wylewać oczami, a moja mowa była niezwykle chaotyczna. Wetka obmacała ptaka i stwierdziła złamanie skrzydła przy podstawie. Niestety nie można mu było pomóc, skróciłyśmy więc jego cierpienia. Cała akcja ratunkowa trwająca 3 godziny (jedno z największych miast w Polsce) zakończyła się fiaskiem. Żałuję strasznie, że naraziłam go na stres w jego ostatnich chwilach życia, a jednocześnie cieszę się, że nie męczy się nad kałużą. Teraz jednak przychodzi refleksja: ja bym spać nie mogła wiedząc, że on gdzieś tam jest i jest chory, ale czy dla gołębia nie byłoby tak lepiej? A z drugiej strony - nie wiedziałam przecież co mu jest. Może dałoby się go uratować?
No tak. To jest własnie ten mój "optymizm": dzielenie włosa na czworo i rozpatrywanie jednej sprawy z dziesięciu stron. Idę się pakować.