czwartek, 22 grudnia 2011

Ptasi azyl i optymizm

Moje życie zwolniło  pół roku temu. Stało się tak nie z mojej inicjatywy, lecz z inicjatywy mojego pracodawcy, który nie przedłużył mi umowy o pracę. Wtedy to była tragedia - dziś wiem, że zrządzenie losu, opatrzność, czy inne czyjeś nade mną czuwanie.  Umowa wygasła w chwili, kiedy moja psychika wraz z resztą organizmu zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Potrzebowałam 6 miesięcy aby to zauważyć. Pierwsze trzy to był koszmar, a w ciągu kolejnych trzech zauważyłam plusy tej sytuacji. Znów zaczęłam dostrzegać piękno świata, relaksować się, uspokajać. Odkryłam co chciałabym w życiu robić, zauważyłam, że żaden z moich lęków przed-przeprowadzkowych  nie znalazł pokrycia w rzeczywistości. Zaczęłam żyć a nie gonić w piętkę. Dzięki blogowej koleżance Ameby zaczęłam nawet nieśmiało planować przyszłość. Kiedy uznałam, że jest dobrze odezwał się mój były pracodawca. Mogę wrócić ale na mniej odpowiedzialne stanowisko, umowę zlecenie i niższą pensję. Wcześniej bym się na to nie zgodziła, ale teraz jest to dla mnie szansa, bo mając stały przypływ gotówki mogę podjąć działania w interesującym mnie kierunku. Musze tylko uważać aby nie wpaść znów w korporacyjne błędne koło (mam skłonności do pracoholizmu i postawy "300% normy"). Nauczyć się, że praca to margines a moje życie toczy się poza nią. Nigdy odwrotnie!  Tak naprawdę to nie chcę tam wracać i dobrze, że musiałam podjąć decyzję w ciągu jednego dnia, bo gdybym dostała więcej czasu do namysłu to pewnie podziękowałabym. Od piątku oswajam się z nową sytuacją i dostrzegam coraz więcej jej plusów. A minusy? Też są, ale postanowiłam zacząć dostrzegać w życiu tylko plusy :D

Nie złamał mnie nawet dzisiejszy dzień, który miał być ostatnim dniem mojej laby (jadę dziś do rodzinnego Miasteczka) w pustym mieszkaniu. Nie był za sprawą gołębia, którego dostrzegłam w drodze do sklepu. Siedział bidok nastroszony pod klatką i nie uciekał. Postanowiłam odczekać i sprawdzić czy faktycznie nie może latać. Kiedy wracałam z zakupami nie spotkałam go pod klatką. Odetchnęłam, że to fałszywy alarm. Niestety. W tym momencie zauważyłam go na środku osiedlowej uliczki popijającego z kałuży. Zostawiłam zakupy w domu i uzbrojona w tekturowe pudełko poszłam łapać ptaka. Udało się! Ale co dalej? Znalazłam w sieci adres Ptasiego Azylu, który rzekomo ma pomagać ptakom w potrzebie, zapakowałam się w autobus i pojechałam. Spuszczono mnie na drzewo. Portier mi powiedział, że oni nie przyjmują ptaków i już. Proszę kontaktować się z leśnictwem. Leśnictwo nie odbierało telefonu, siedzibę miało w trzecim końcu miasta, na zadupiu do którego MPK dociera raz na tydzień. Jechać w ciemno? Nie odważyłam się bo zimno i ta kupka nieszczęścia zamarzłaby. Próbowałam dzwonić do azylu, aby potwierdzić słowa portiera ale akurat dziś telefony robiły mi na złość.  Obdzwoniłam rodzinę i znajomych w poszukiwaniu hodowcy gołębi, bo może on byłby w stanie pomóc? Nie dość, że się nie udało to jeszcze się dowiedziałam, że powinnam ptaka zostawić bo takie są prawa natury, kot się nim zaopiekuje i takie tam. Stałam na środku ulicy i normalnie ryczałam z bezsilności, nie zwracając już nawet uwagi na przechodniów. Moi rozmówcy na zakończenie rozmowy prosili aby informować jak się sprawa zakończyła, ale nikt nie  miał pomysłu co w takiej sytuacji zrobić. Zostałam z problemem sama. Jak już się nabuczałam i zużyłam stos chusteczek, olśniło mnie  i pojechałam do naszej lecznicy weterynaryjnej, która znajduje się na czwartym końcu miasta. Zrobiłam z siebie kompletną idiotkę - puściły mi nerwy i całe napięcie zaczęło się wylewać oczami, a moja mowa była niezwykle chaotyczna. Wetka obmacała ptaka i stwierdziła złamanie skrzydła przy podstawie. Niestety nie można mu było pomóc, skróciłyśmy więc jego cierpienia. Cała akcja ratunkowa trwająca 3 godziny (jedno z największych miast w Polsce) zakończyła się fiaskiem. Żałuję strasznie, że naraziłam go na stres w jego ostatnich chwilach życia, a jednocześnie cieszę się, że nie męczy się nad kałużą. Teraz jednak przychodzi refleksja: ja bym spać nie mogła wiedząc, że on gdzieś tam jest i jest chory, ale czy dla gołębia nie byłoby tak lepiej? A z drugiej strony - nie wiedziałam przecież co mu jest. Może dałoby się go uratować?
 No tak. To jest własnie ten mój "optymizm":  dzielenie włosa na czworo i rozpatrywanie jednej sprawy z dziesięciu stron. Idę się pakować.

wtorek, 13 września 2011

Po kolana w przeszłości.

Od wczoraj jestem w nastroju sentymentalnym. Zebrało mi się na wspominki, oglądałam zdjęcia mojego Miasteczka, przypomniałam sobie opowieści mojej babci (rocznik 1919), która bardzo chętnie w porze poobiedniej, kiedy już wysprzątała całą kuchnię i załatwiła wszystkie domowe sprawy, siadała i snuła opowieści o międzywojennym Miasteczku. Wspominała Gimnazjum Żeńskie, w którym pobierała nauki i pracującego tam woźnego, który z premedytacją wystawał pod schodami, zaglądając pod sukienki zbiegającym na dół panienkom. Wspominała swego kolegę, znanego później aktora, który wychowywał się w Miasteczku a którego ja znałam już tylko ze szklanego ekranu. Śmiała się, opowiadając o tym jak to kawalerowie wystawali na ulicy wypatrując panienek i dziwiła się, że moja tarcza szkolna powiewała beztrosko przypięta agrafką, aby po wczesnym etapie szkolnym trafić bezpowrotnie do szuflady. Za jej czasów było to nie do pomyślenia! Tarczę należało mieć przyszytą solidnie do rękawa i nie można było pokazać się bez niej na mieście.
Opowiadała o duchach, straszących w jej domu rodzinnym, które okazały się mieć twarz jej brata-psotnika (późniejszego oficera AK). Pamiętam te opowieści jak przez mgłę, od śmierci babci żałuję (to już 17 lat!), że nie zdążyłam tego spisać. Może to przez babcine opowieści lubię polskie kino przedwojenne, które moim zdaniem jest kopalnią wiedzy o życiu ówczesnych ludzi. W każdej naiwnej panience, bohaterce takiego filmu, widzę moją babcię:)
 To dziwne, na świat przyszłam 35 lat po zakończeniu wojny, a zawsze tęskniłam za czasami młodości moich babć i moich rodziców, którzy urodzili się w latach 50-tych. Zupełnie jakbym w ich imieniu żałowała młodości, która przeminęła. Nigdy tego nie potrafiłam zrozumieć. I zawsze czułam silny związek z pokoleniami, które kiedyś żyły i tak jak my, wierzyły, że przecież nic złego nie może ich spotkac w "cywilizowanym swiecie". Myślicie, że we wrześniu 1939 r. ludzie zachwycali się jesienią tak jak ja robię to teraz?

niedziela, 4 września 2011

Moje nastroje

(...)
Jest taka cierpienia granica,
Za którą się uśmiech pogodny zaczyna,
I mija tak człowiek, i już zapomina,
O co miał walczyć i po co.

Jest takie olśnienie w bydlęcym spokoju,
Gdy patrzy na chmury i gwiazdy, i zorze,
Choć inni umarli, on umrzeć nie może
I wtedy powoli umiera.

(...)

Czesław Miłosz, Walc

czwartek, 28 lipca 2011

Niech ktos zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam...

Media trąbią o tym, że nasze życie pędzi i że nie zauważamy dni i miesięcy, przesuwających się lotem błyskawicy. Przemijamy. Przykazują,aby zwolnić. Nauczyć się  oddzielać rzeczy ważne od drobiazgów. Poeci, pisarze, felietoniści prześcigają cię w peanach na cześć „slow life” – poranne spacerki, rowerki, kawki w kawiarniach,słoneczne uśmiechy spotykanych znajomych i sąsiadów, sielsko i anielsko.  A co się dzieje kiedy życie faktycznie zwalnia? Nie dlatego, że udało się osiągnąć równowagę i harmonię ducha, ale w wyniku zupełnie nieplanowanego zdarzenia? Wtedy każdy dzień wygląda tak samo.Strach i obawa przed przyszłością.  Spać chodzi się tak późno jak się da, żeby przed snem nie myśleć. Każdy poranek przynosi najpierw panikę, a potem żal, że jednak kolejny dzień wstał i znów trzeba żyć. Samoocena wala się na dnie, pod stertą mułu. Dobre samopoczucie gdzieś podobno kiedyś było ale nikt nie pamięta jak ono wygląda… Zero w tym sielskości, spokoju i odpoczynku. Wieczna huśtawka: jednego dnia światełko w tunelu – wiem co trzeba zrobić, planuję, a drugiego – czarna dziura i wysiłkiem są czynności takie jak poranna toaleta czy zrobienie sobie herbaty. Działania mające na celu zmianę sytuacji niby są podejmowane, ale brak im konkretnego kierunku, a przede wszystkim efektu.
Sternik wyzionął ducha i okręt dryfuje bez niego,coraz częściej marząc o mieliźnie…

środa, 29 czerwca 2011

Dno

Straciłam dziś pracę. 30 czerwca kończyła mi się umowa o pracę (zawarta na rok). Pod koniec maja pytałam Kierownika czego mogę się spodziewać - przedłużą mi umowę czy mam szukać czegoś nowego?Usłyszałam, że są ze mnie zadowoleni i nie mam czego się obawiać. No to się nie obawiałam. Czekałam cierpliwie. Dziś Dyrektor zaprosił mnie na rozmowę i oznajmił, że jest mu przykro ale decyzją zarządu moja umowa nie zostanie przedłużona. Okazało się, że Dyrektor zlożył wniosek o nowa umowę dla mnie ale Centrala nie zaakceptowała go.W ramach oszczędności firma tnie etaty i w ciągu najbliższych dwóch miesięcy jeszcze dwie osoby stracą pracę. Usłyszałam peany na swoją cześć, jakim to świetnym jestem pracownikiem. I zostałam bez pracy. Nie wiem zupełnie od czego zacząć i jak się w tym odnaleźć. Mam wykształcenie humanistyczne (co z tego że podyplomowe), 31 lat, nie mam dzieci (może więc poczuję presję czasu i zaciążę zaraz po tym jak znajde nową pracę),nie mam własnego kąta i znów mam zaczynać od zera. Wszystko na co pracowałam w ciągu ostatnich lat poszło się bujać. Korporacja. Dobrze, że nie poszłam na kurs prawa jazdy, przynajmniej jedno obciążenie finansowe mniej. Do bani...

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Na fali dobrego nastroju...

... umieszczam tu filmik, który niezmiennie poprawia mi humor. Mam go na pulpicie i w krytycznych momentach odpalam jednym kliknięciem myszki :D
http://http://www.youtube.com/watch?v=3RxTM36VKUY&feature=related

czwartek, 16 czerwca 2011

Popołudniowe przemyslenia

Spędziłam dziś zaskakująco miłe popołudnie. Z gazetką, kawką  i widokiem na róże, pięknie oświetlone przez słońce, stojące w Kaszubskiej filiżance na komodzie. Nie da się ukryć – połowa tej popołudniowej radochy to ten widok. Udana kompozycja ;)
Stres w pracy, docieranie się z PanemY i wieczny pesymizm mocna zszarpały mój układ nerwowy.  Niestety muszę się wspomagać również melisą i tabletkami (te ostatnie tylko okazjonalnie). Musiałam też nauczyć się relaksu. Pomysłów mam wiele bo tyle rzeczy chciałabym zrobić, ale… no właśnie, ale zauważam u siebie w ostatnim czasie słomiany zapał. W głowie kilka projektów, tylko wytrwałości brak. Zupełnie jakby kreatywność i potrzeba poznawania/działania/tworzenia , zostały stłamszone przez „nie dam rady/nie warto/po co?” Póki co udało mi się wrócić do ręcznych robótek — haft i papierki sprawiają, ze robię się coraz bardziej kreatywna i spokojna.  Zabroniłam sobie myśleć o pracy w domu, staram się wyeliminować stresujące czynniki (nie zawsze się da, wciąż się docieramy;) ) i częściej przytulam się do Piesenki. Wmówiłam sobie, że nawet jak mnie zwolnią to wyjdzie mi to na dobre. Skoro do tej pory było tak, że gdy wydarzyło się coś, co pozornie było dla mnie niekorzystne a potem okazywało się zrządzeniem losu, to czemu teraz miałoby być inaczej?  Póki nie kojarzy mi się wszystko z pracą, to jest całkiem ok. Może jednak na świecie nie jest tak źle jak mi się wydawało?
PS. Czy zna ktoś sposób na nauczenie mężczyzny zamykania lodówki?