poniedziałek, 30 marca 2015

Polska służba służbie zdrowia.


Pod koniec stycznia  tego roku wyczułam powiększone węzły w okolicy obojczyków. Następnego dnia wspomniałam o tym endokrynologowi, u którego miałam wizytę. Podumał chwilę, popatrzył, stwierdził że wg niego jest  ok, że to tylko tłuszczyk ale skoro widzę jaką asymetrię to lepiej zrobić USG (dzięki ci Pracodawco opłacający abonament w prywatnej lecznicy).  Uspokojona tym, że pan doktor sam nic nie zauważył (choć badał szyję) zwlekałam z badaniem,  aż 19 02 wyczułam guzek w piersi. Galopem umówiłam się prywatnie na USG piersi (w mojej lecznicy musiałabym czekać około 3 tyg.) i po dwóch dniach dowiedziałam się, że tam gdzie ja wyczuwam zgrubienie nic nie ma, ale w innym miejscu jest torbiel a w drugiej piersi zmiana lita. Guzek czyli.  2 03 przeprowadzono biopsję cienkoigłową. Oczekując na jej wynik, robiłam zakłady z Panem Bogiem o zdrowie mamy, która też czekała na wynik histopatologiczny jelita. Mówiłam mu, że jeżeli któraś z nas musi być chora to lepiej ja, bo jestem młodsza, guzek jest malutki i "jakby co" to na pewno uda mi się z tego wyjść. 11 03 odebrałam wynik biopsji - okazało się, że rozmaz jest niemiarodajny bo nie zawiera komórek nabłonka. Jednym słowem operator nie trafił igłą w guzek choć  robił to pod kontrolą USG. Lecznica nie raczyła mnie o tym poinformować, czekając aż sama zgłoszę się po wynik. W tzw. międzyczasie zrobiłam USG węzłów chłonnych i okazało się, że  są powiększone, bez wyraźnej zatoki i  potrzebna jest dalsza diagnostyka. Zacisnęłam pięści  i wymyśliłam, ze zwrócę się do pani docent, która uchodzi za świetnego fachowca w swojej dziedzinie i która kilka lat temu diagnozowała moją mamę. Pani docent ma świetny PR, chwali się w internecie i w mediach, no i mama ją chwali - będzie dobrze. Pani docent zainkasowała gotówkę, wizyta trwała 4 minuty, dowiedziałam się, że biopsję trzeba powtórzyć (to ci niespodzianka)  i ona zaprasza za dwa tygodnie do siebie do szpitala z tą kartką, to zrobi biopsję piersi i węzłów chłonnych. Zgłosiłam się w wyznaczonym terminie,  przestraszona ale zadowolona, że w końcu się dowiem czy mogę robić plany na przyszłość, czy lepiej się z tym wstrzymać. I się zaczęło. 

Pół godziny czekania w rejestracji do poradni. Rejestracja - parter.
Rejestracja odsyła do pani docent. Pani docent - 1 piętro, za łącznikiem.
Pani docent ponownie odsyła do rejestracji aby wklepała mnie do kompa.
 Rejestracja odmawia, bo musi być skierowanie.
 Pani docent pyta jakie skierowanie.
Ja płaczę na korytarzu z bezsilności, do rejestracji biegnie więc mąż żeby zapytać jakie skierowani e-od rodzinnego czy od pani docent.  
Może być od pani docent.
Pani docent zaskoczona  ale jak to,  to nie trzeba od rodzinnego? Dzwoni do rejestracji  i jeszcze dla pewności do niej schodzi  - czy ona aby na pewno ma wystawić to skierowanie.
(Ja się zastanawiam o czym ona mówi, kazała mi przyjść choć wiedziała ze potrzebuję jakiegoś skierowania?)
Rejestracja potwierdza.
Idziemy z panią docent po skierowanie.
Po 20 min oczekiwania mam skierowanie, ale pani docent  mówi cos o terminach - aby sie dowiedzieć w rejestracji. ( ale jak to, przecież biopsja miała być dziś?)
Jako dobrze wytresowana dziewczyna milczę i biegnę znów do rejestracji ze skierowaniem, aby zapytać  na ile realne jest to, że będę miała dziś biopsję.
 Rejestracja odpowiada "to pani docent nie kazała do siebie wrócić?" no kazała "no właśnie". OK.
Wracam do pani docent,  która kieruje mnie do pracowni aby się umówić na termin biopsji (?!).
 W pracowni pan mi mówi, że biopsję to on może zrobić mi za miesiąc, ale nie tę co tu napisano tylko "zwykłą".
 Znów do pani docent, a pani docent poprawiwszy nazwę badania, oznajmiła że ona nie ma wpływu na terminy i mogę poprosić lekarza, może się coś uda zrobić.
 Podziękowałam i wyszłam z pokoju lekarskiego.  Brakło mi sił nawet na awanturę.  Nie wiem co zaszło w tym szpitalu, dlaczego rano jeszcze podczas pierwszego widzenia z panią docent miałam mieć przeprowadzone badania  a potem się ze wszystkiego wycofała. Spędziłam tam 3,5 h na bieganiu pomiędzy pokojem lekarskim i rejestracją i załatwianiem formalności.  Wyszłam z niczym. Mija prawie półtora miesiąca od mojego USG  potwierdzającego guzek, a ja nadal nie wiem co mi jest.  Tyle się trąbi o szybkim działaniu, szybkiej diagnozie i szybkim leczeniu. Jestem rozżalona, bo  gdyby mi tej biopsji nie zaproponowała,  to zrobiłabym ją już dawno prywatnie. Nie wiem też, czemu zrezygnowała ze zrobienia mi badań - nie spodobała jej się moja facjata? Czy może mój mąż z włosami do pasa? (który, notabene,  do pracy dotarł na 12 zamiast na 8, żeby nie zostawiać mnie samej z tym bajzlem). Od kilku dni "ciągnie" mnie węzeł pod pachą. Nie wiem co dalej...

niedziela, 8 stycznia 2012

Długi weekend - sprawozdanie

Z utęsknieniem oczekiwany długi weekend, okazał się być niezwykle przyjemnym. W piątek  ogarnęliśmy domowy nieporządek i oddaliśmy się błogiemu lenistwu. Od jakiegoś czasu namiętnie oglądamy serial "Przyjaciele". Dobrnęliśmy już do 9 sezonu i nie możemy doczekać się końca (ileż można!). Ponieważ pretenduję do miana hafciarki,w trakcie oglądania z rozkoszą machałam igłą. W sobotę natomiast ogarnął nas szał zakupów. Oboje nie znosimy zakupów odzieżowo-przemysłowych ale od czasu do czasu trzeba i takie zrobić (szczególnie jak się ciuchy w szafie zrobiły za małe, za sprawą 20 kg uzyskanych w ramach jo-jo). Równo w południe wbiliśmy się w tramwaj i pomknęliśmy ku Centrum Handlowemu. Wyprzedaże przyciągnęły całe stada kupujących, mimo to zakupy szły nam sprawnie. Nawet w Ikei udało nam się ominąć większość pułapek. Zadowoleni wsiedliśmy do tramwaju i zabijając czas grą "zgadnij o kim myślę", ujechaliśmy cztery przystanki, kiedy PanY odkrył, że nie ma swojej torby z portfelem, dowodem osobistym, kartami płatniczymi, kluczami i częścią zakupów. Powrót do CH to było najdłuższe pół godziny w tym roku. Oczami wyobraźni widziałam już jak złodziej mający klucze i dowód z adresem, elegancko i kulturalnie wchodzi do mieszkania, czyszcząc je z dóbr wszelakich. Na nasze szczęście torbę znalazł ochroniarz i udało się ją odzyskać wraz z całą zawartością. Warto wierzyć w szczęśliwe zakończenia :). Zziajani pobiegliśmy znów na MPK, bo tego wieczora mieliśmy jeszcze  odegrać role nianiek dla 9-letniej siostry PanaY.
Niedziela rozpoczęła  się zupełnie nietypowo ale zabawnie - przedstawieniem szkolnym, w którym brała udział siostra PanaY. Godzinny spacer z Piesenką, brykającą po łące i lesie, dopełnił całości i wprawił mnie niemal w stan euforii.
To był zdecydowanie dobry weekend.
W nowym roku życzę wszystkiego dobrego i realizacji wszystkich postanowień noworocznych:)


czwartek, 22 grudnia 2011

Ptasi azyl i optymizm

Moje życie zwolniło  pół roku temu. Stało się tak nie z mojej inicjatywy, lecz z inicjatywy mojego pracodawcy, który nie przedłużył mi umowy o pracę. Wtedy to była tragedia - dziś wiem, że zrządzenie losu, opatrzność, czy inne czyjeś nade mną czuwanie.  Umowa wygasła w chwili, kiedy moja psychika wraz z resztą organizmu zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Potrzebowałam 6 miesięcy aby to zauważyć. Pierwsze trzy to był koszmar, a w ciągu kolejnych trzech zauważyłam plusy tej sytuacji. Znów zaczęłam dostrzegać piękno świata, relaksować się, uspokajać. Odkryłam co chciałabym w życiu robić, zauważyłam, że żaden z moich lęków przed-przeprowadzkowych  nie znalazł pokrycia w rzeczywistości. Zaczęłam żyć a nie gonić w piętkę. Dzięki blogowej koleżance Ameby zaczęłam nawet nieśmiało planować przyszłość. Kiedy uznałam, że jest dobrze odezwał się mój były pracodawca. Mogę wrócić ale na mniej odpowiedzialne stanowisko, umowę zlecenie i niższą pensję. Wcześniej bym się na to nie zgodziła, ale teraz jest to dla mnie szansa, bo mając stały przypływ gotówki mogę podjąć działania w interesującym mnie kierunku. Musze tylko uważać aby nie wpaść znów w korporacyjne błędne koło (mam skłonności do pracoholizmu i postawy "300% normy"). Nauczyć się, że praca to margines a moje życie toczy się poza nią. Nigdy odwrotnie!  Tak naprawdę to nie chcę tam wracać i dobrze, że musiałam podjąć decyzję w ciągu jednego dnia, bo gdybym dostała więcej czasu do namysłu to pewnie podziękowałabym. Od piątku oswajam się z nową sytuacją i dostrzegam coraz więcej jej plusów. A minusy? Też są, ale postanowiłam zacząć dostrzegać w życiu tylko plusy :D

Nie złamał mnie nawet dzisiejszy dzień, który miał być ostatnim dniem mojej laby (jadę dziś do rodzinnego Miasteczka) w pustym mieszkaniu. Nie był za sprawą gołębia, którego dostrzegłam w drodze do sklepu. Siedział bidok nastroszony pod klatką i nie uciekał. Postanowiłam odczekać i sprawdzić czy faktycznie nie może latać. Kiedy wracałam z zakupami nie spotkałam go pod klatką. Odetchnęłam, że to fałszywy alarm. Niestety. W tym momencie zauważyłam go na środku osiedlowej uliczki popijającego z kałuży. Zostawiłam zakupy w domu i uzbrojona w tekturowe pudełko poszłam łapać ptaka. Udało się! Ale co dalej? Znalazłam w sieci adres Ptasiego Azylu, który rzekomo ma pomagać ptakom w potrzebie, zapakowałam się w autobus i pojechałam. Spuszczono mnie na drzewo. Portier mi powiedział, że oni nie przyjmują ptaków i już. Proszę kontaktować się z leśnictwem. Leśnictwo nie odbierało telefonu, siedzibę miało w trzecim końcu miasta, na zadupiu do którego MPK dociera raz na tydzień. Jechać w ciemno? Nie odważyłam się bo zimno i ta kupka nieszczęścia zamarzłaby. Próbowałam dzwonić do azylu, aby potwierdzić słowa portiera ale akurat dziś telefony robiły mi na złość.  Obdzwoniłam rodzinę i znajomych w poszukiwaniu hodowcy gołębi, bo może on byłby w stanie pomóc? Nie dość, że się nie udało to jeszcze się dowiedziałam, że powinnam ptaka zostawić bo takie są prawa natury, kot się nim zaopiekuje i takie tam. Stałam na środku ulicy i normalnie ryczałam z bezsilności, nie zwracając już nawet uwagi na przechodniów. Moi rozmówcy na zakończenie rozmowy prosili aby informować jak się sprawa zakończyła, ale nikt nie  miał pomysłu co w takiej sytuacji zrobić. Zostałam z problemem sama. Jak już się nabuczałam i zużyłam stos chusteczek, olśniło mnie  i pojechałam do naszej lecznicy weterynaryjnej, która znajduje się na czwartym końcu miasta. Zrobiłam z siebie kompletną idiotkę - puściły mi nerwy i całe napięcie zaczęło się wylewać oczami, a moja mowa była niezwykle chaotyczna. Wetka obmacała ptaka i stwierdziła złamanie skrzydła przy podstawie. Niestety nie można mu było pomóc, skróciłyśmy więc jego cierpienia. Cała akcja ratunkowa trwająca 3 godziny (jedno z największych miast w Polsce) zakończyła się fiaskiem. Żałuję strasznie, że naraziłam go na stres w jego ostatnich chwilach życia, a jednocześnie cieszę się, że nie męczy się nad kałużą. Teraz jednak przychodzi refleksja: ja bym spać nie mogła wiedząc, że on gdzieś tam jest i jest chory, ale czy dla gołębia nie byłoby tak lepiej? A z drugiej strony - nie wiedziałam przecież co mu jest. Może dałoby się go uratować?
 No tak. To jest własnie ten mój "optymizm":  dzielenie włosa na czworo i rozpatrywanie jednej sprawy z dziesięciu stron. Idę się pakować.

wtorek, 13 września 2011

Po kolana w przeszłości.

Od wczoraj jestem w nastroju sentymentalnym. Zebrało mi się na wspominki, oglądałam zdjęcia mojego Miasteczka, przypomniałam sobie opowieści mojej babci (rocznik 1919), która bardzo chętnie w porze poobiedniej, kiedy już wysprzątała całą kuchnię i załatwiła wszystkie domowe sprawy, siadała i snuła opowieści o międzywojennym Miasteczku. Wspominała Gimnazjum Żeńskie, w którym pobierała nauki i pracującego tam woźnego, który z premedytacją wystawał pod schodami, zaglądając pod sukienki zbiegającym na dół panienkom. Wspominała swego kolegę, znanego później aktora, który wychowywał się w Miasteczku a którego ja znałam już tylko ze szklanego ekranu. Śmiała się, opowiadając o tym jak to kawalerowie wystawali na ulicy wypatrując panienek i dziwiła się, że moja tarcza szkolna powiewała beztrosko przypięta agrafką, aby po wczesnym etapie szkolnym trafić bezpowrotnie do szuflady. Za jej czasów było to nie do pomyślenia! Tarczę należało mieć przyszytą solidnie do rękawa i nie można było pokazać się bez niej na mieście.
Opowiadała o duchach, straszących w jej domu rodzinnym, które okazały się mieć twarz jej brata-psotnika (późniejszego oficera AK). Pamiętam te opowieści jak przez mgłę, od śmierci babci żałuję (to już 17 lat!), że nie zdążyłam tego spisać. Może to przez babcine opowieści lubię polskie kino przedwojenne, które moim zdaniem jest kopalnią wiedzy o życiu ówczesnych ludzi. W każdej naiwnej panience, bohaterce takiego filmu, widzę moją babcię:)
 To dziwne, na świat przyszłam 35 lat po zakończeniu wojny, a zawsze tęskniłam za czasami młodości moich babć i moich rodziców, którzy urodzili się w latach 50-tych. Zupełnie jakbym w ich imieniu żałowała młodości, która przeminęła. Nigdy tego nie potrafiłam zrozumieć. I zawsze czułam silny związek z pokoleniami, które kiedyś żyły i tak jak my, wierzyły, że przecież nic złego nie może ich spotkac w "cywilizowanym swiecie". Myślicie, że we wrześniu 1939 r. ludzie zachwycali się jesienią tak jak ja robię to teraz?

niedziela, 4 września 2011

Moje nastroje

(...)
Jest taka cierpienia granica,
Za którą się uśmiech pogodny zaczyna,
I mija tak człowiek, i już zapomina,
O co miał walczyć i po co.

Jest takie olśnienie w bydlęcym spokoju,
Gdy patrzy na chmury i gwiazdy, i zorze,
Choć inni umarli, on umrzeć nie może
I wtedy powoli umiera.

(...)

Czesław Miłosz, Walc

czwartek, 28 lipca 2011

Niech ktos zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam...

Media trąbią o tym, że nasze życie pędzi i że nie zauważamy dni i miesięcy, przesuwających się lotem błyskawicy. Przemijamy. Przykazują,aby zwolnić. Nauczyć się  oddzielać rzeczy ważne od drobiazgów. Poeci, pisarze, felietoniści prześcigają cię w peanach na cześć „slow life” – poranne spacerki, rowerki, kawki w kawiarniach,słoneczne uśmiechy spotykanych znajomych i sąsiadów, sielsko i anielsko.  A co się dzieje kiedy życie faktycznie zwalnia? Nie dlatego, że udało się osiągnąć równowagę i harmonię ducha, ale w wyniku zupełnie nieplanowanego zdarzenia? Wtedy każdy dzień wygląda tak samo.Strach i obawa przed przyszłością.  Spać chodzi się tak późno jak się da, żeby przed snem nie myśleć. Każdy poranek przynosi najpierw panikę, a potem żal, że jednak kolejny dzień wstał i znów trzeba żyć. Samoocena wala się na dnie, pod stertą mułu. Dobre samopoczucie gdzieś podobno kiedyś było ale nikt nie pamięta jak ono wygląda… Zero w tym sielskości, spokoju i odpoczynku. Wieczna huśtawka: jednego dnia światełko w tunelu – wiem co trzeba zrobić, planuję, a drugiego – czarna dziura i wysiłkiem są czynności takie jak poranna toaleta czy zrobienie sobie herbaty. Działania mające na celu zmianę sytuacji niby są podejmowane, ale brak im konkretnego kierunku, a przede wszystkim efektu.
Sternik wyzionął ducha i okręt dryfuje bez niego,coraz częściej marząc o mieliźnie…

środa, 29 czerwca 2011

Dno

Straciłam dziś pracę. 30 czerwca kończyła mi się umowa o pracę (zawarta na rok). Pod koniec maja pytałam Kierownika czego mogę się spodziewać - przedłużą mi umowę czy mam szukać czegoś nowego?Usłyszałam, że są ze mnie zadowoleni i nie mam czego się obawiać. No to się nie obawiałam. Czekałam cierpliwie. Dziś Dyrektor zaprosił mnie na rozmowę i oznajmił, że jest mu przykro ale decyzją zarządu moja umowa nie zostanie przedłużona. Okazało się, że Dyrektor zlożył wniosek o nowa umowę dla mnie ale Centrala nie zaakceptowała go.W ramach oszczędności firma tnie etaty i w ciągu najbliższych dwóch miesięcy jeszcze dwie osoby stracą pracę. Usłyszałam peany na swoją cześć, jakim to świetnym jestem pracownikiem. I zostałam bez pracy. Nie wiem zupełnie od czego zacząć i jak się w tym odnaleźć. Mam wykształcenie humanistyczne (co z tego że podyplomowe), 31 lat, nie mam dzieci (może więc poczuję presję czasu i zaciążę zaraz po tym jak znajde nową pracę),nie mam własnego kąta i znów mam zaczynać od zera. Wszystko na co pracowałam w ciągu ostatnich lat poszło się bujać. Korporacja. Dobrze, że nie poszłam na kurs prawa jazdy, przynajmniej jedno obciążenie finansowe mniej. Do bani...

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Na fali dobrego nastroju...

... umieszczam tu filmik, który niezmiennie poprawia mi humor. Mam go na pulpicie i w krytycznych momentach odpalam jednym kliknięciem myszki :D
http://http://www.youtube.com/watch?v=3RxTM36VKUY&feature=related

czwartek, 16 czerwca 2011

Popołudniowe przemyslenia

Spędziłam dziś zaskakująco miłe popołudnie. Z gazetką, kawką  i widokiem na róże, pięknie oświetlone przez słońce, stojące w Kaszubskiej filiżance na komodzie. Nie da się ukryć – połowa tej popołudniowej radochy to ten widok. Udana kompozycja ;)
Stres w pracy, docieranie się z PanemY i wieczny pesymizm mocna zszarpały mój układ nerwowy.  Niestety muszę się wspomagać również melisą i tabletkami (te ostatnie tylko okazjonalnie). Musiałam też nauczyć się relaksu. Pomysłów mam wiele bo tyle rzeczy chciałabym zrobić, ale… no właśnie, ale zauważam u siebie w ostatnim czasie słomiany zapał. W głowie kilka projektów, tylko wytrwałości brak. Zupełnie jakby kreatywność i potrzeba poznawania/działania/tworzenia , zostały stłamszone przez „nie dam rady/nie warto/po co?” Póki co udało mi się wrócić do ręcznych robótek — haft i papierki sprawiają, ze robię się coraz bardziej kreatywna i spokojna.  Zabroniłam sobie myśleć o pracy w domu, staram się wyeliminować stresujące czynniki (nie zawsze się da, wciąż się docieramy;) ) i częściej przytulam się do Piesenki. Wmówiłam sobie, że nawet jak mnie zwolnią to wyjdzie mi to na dobre. Skoro do tej pory było tak, że gdy wydarzyło się coś, co pozornie było dla mnie niekorzystne a potem okazywało się zrządzeniem losu, to czemu teraz miałoby być inaczej?  Póki nie kojarzy mi się wszystko z pracą, to jest całkiem ok. Może jednak na świecie nie jest tak źle jak mi się wydawało?
PS. Czy zna ktoś sposób na nauczenie mężczyzny zamykania lodówki?

sobota, 16 kwietnia 2011

Zwyczajnie,,.

No i jestem. Wraz z pierwszym powiewem wiosny w Mieście wracam do pisaniny.
Zaaklimatyzowałam się już w nowym miejscu. Pokochałam je - co niestety nie jest wskazane w sytuacji gdy się wynajmuje mieszkania. Ale jak mogłam nie zakochać się w miejscu, do którego wracam z przyjemnością, w którym się odprężam i w którym czuję się spokojna?
Wielkie Miasto,wielkie osiedle mieszkaniowe (nawet w Wikipedii o nim piszą ;) ), a ja wysiadam z autobusu i po lewej stronie mam łąkę i kawałek lasu w oddali, a po prawej bloki. Teraz dopiero widzę różnicę - w poprzedniej dzielnicy nie miałam takiego luksusu. Jako osoba pochodzaca z 30-tysięcznego Miasteczka, muszę powiedzieć,że przestrzeń ma znaczenie :D
Nie jest różowo z PanemY. Kłócimy się, docieramy. Każde z nas ma swoje przyzwyczajenia i nawyki.On np. Jest strasznym bałaganiarzem i zapomina o zamykaniu szafek, co mnie wkurza niemożebnie, a ja mogłabym żywić się śmieciowym jedzeniem, co dla niego jest nie do przyjęcia. Efekt? On jest odpowiedzialny za gotowanie a ja za sprzątanie. Póki co umiemy się dogadać i zaradzić problemom. Czasami tylko,kiedy wracam do domu i w popołudniowym słońcu oglądam świat z okien tramwaju, w głowie mi się plącze, że fajnie byłoby mieszkać w pojedynkę. Być sobie sterem,żeglarzem i okrętem. Jest to tylko błysk, bo zupełnie co innego myślę kiedy np.wracam do domu o 5 rano, po nocy spędzonej z koleżanką w kinie na Nocy Grozy,  przy drzwiach wita mnie rozanielona Piesenka, a w cichej sypialni posapuje przez sen PanY. Wtedy czuję się najbogatszym człowiekiem na świecie. Jeszcze nie osiągnęłam równowagi w priorytetach i czasami potrzeba niezależności jest silniejsza, na szczęście czasami i tylko przez chwilę. Generalnie jest dobrze. I tylko systematyczności w prowadzeniu bloga brak. I nie potrafię się pozbyć żalu, że nie jestem przebojową osobą i nie nadaję się na freelancera. To przekreśla moje marzenia o pracy w zawodzie. Porażka sromotna...

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Odpowiadam na wyzwanie...

...Ameby, choc sama nie będę miała kogo wyzwać ale co mi tam :) jak zabawa to zabawa;)

    4 programy/seriale które oglądam:
    Przez ostatnie 4 lata nie miałam tv, ale lubię:
  1. Friendsów
  2. Polskie przedwojenne filmy
  3. Kanał "Kino Polska"
  4. Polską Kronikę Filmową
  5. 4 rzeczy które mnie pasjonują:
  6. Zwierzaki
  7. Rękodzieło
  8. Historia
  9. Gry komputerowe:P
  10. 4 słowa/sformułowania których często używam
  11. Szlag
  12. Niewykluczone
  13. Spadaj
  14. Buuuu
  15. 4 rzeczy których nauczyłam się z przeszłości:
  16. Ludzie kłamią
  17. Ludzie nie czytają regulaminów ani zasad, oni "płacą i wymagają", robiąc z siebie przy okazji debili
  18. Nie należy - chcąc ugotować jajko na miękko - wrzucać jajka prosto z lodówki do wrzątku
  19. Nie ufaj ludziom, z którymi pracujesz (chyba że jest to CC)
  20. 4 miejsca, do których chciałabym pojechać:
    W celach poznawczych i turystycznych:
  21. Buenos Aires
  22. Praga
  23. Wielka Brytania
  24. Wszystkie zamki i pałace w Polsce (wiele z nich już odwiedziłam :) )
  25. 4 rzeczy, które robiłam wczoraj:
  26. Odwiedziłam mamę w szpitalu
  27. Trzęslam się ze strachu nad Piesenką z biegunką
  28. Piłam vermut
  29. Grałam w L2
  30. 4 rzeczy które kocham w zimie:
  31. Długie, pełne ciepła wieczory przy świeczkach i/albo z książką/haftem/kryminałem
  32. Cynamonowy nastrój (cynamonowa kawa, cynamonowe świeczki, cynamonowy krem)
  33. Okres bożonarodzeniowy
  34. Twórczy nastrój
  35. 4 rzeczy na mojej liście pragnień
  36. Zdrowie dla moich bliskich (zarówno ludzi jak i zwierząt - najlepiej życie wieczne w świetnej formie, a co mi tam!)
  37. Nauka języka czeskiego i hiszpańskiego
  38. Praca w zawodzie (niestety to najmniej jest prawdopodobne)
  39. Domek ogródkiem i kochanym oraz kochającym mężczyzną

niedziela, 9 stycznia 2011

Gówniana sprawa...

Przeprowadzona jestem. Nareszcie. Czwartek i piątek upłynęły pod znakiem przeprowadzania i rozpakowywania. Sobota zaś była dniem sprzątania. Wszystkie trzy dni były wyczerpujące nieziemsko i niedziela miała być dniem lenistwa, odpoczynku i nicnierobienia. I byłaby gdyby Piesenka z okazji przeprowadzki i rozpoczęcia nowego rozdziału w życiu, nie złapała jakiejś bakterii czy innego wirusa.
Niedziela rozpoczęła się dla nas o godz. 3.46 kiedy to Piesenka wygłosiła pilna potrzebę opuszczenia domostwa. Ponieważ ja z tych tchórzliwych a Piesenka w pośpiechu nie miała głowy do czuwania nad moim bezpieczeństwem, PanY wyprowadził nas obie na spacer, drapiąc się po głowie i zastanawiając co on zrobił ze swoim życiem przygarniając nas pod swój dach. Okazało się, że Piesenkę dopadła ostra biegunka. Powrócilismy do domu w przekonaniu, że zjadła coś niejadalnego i teraz sie tego pozbyła. Nic bardziej mylnego. Kolejny alarm nastąpił o 6.18. Znów udaliśmy się w trójkę na spacerek wokół bloków. Nawet nie chcę się zastanawiać co o nas myślą ci z sąsiadów, którzy cierpią na bezsenność i widzieli nasze wędrówki... Kiedy około 9 poczułam lizanie w stopę i usłyszałam zawodzenie dobiegające spod drzwi, w rozpaczy zasugerowałam Piesence aby opróżniła portki na posadzce a ja to wszyściutko pięknie posprzątam. Na moje szczęście Piesenka nie z tych i wytrwale domagała się spaceru. Kiedy alarm powtórzył się około południa przeraziłam się tej regularności i doszłam do wniosku, że niestrawność nie ma zegarka i może to jest coś poważniejszego. Zapakowaliśmy się w trójkę do tramwaju i pojechaliśmy do lekarza Piesenki, który gabinet ma w naszej starej dzielnicy, czyli na drugim końcu miasta. Po drodze okazało się, że chorość objawiła się też w formie wymiotów. Mimo tych perturbacji Piesenka wciąż była żwawa i chętna do zabawy, ciężko było jej wyjasnić że kot w poczekalni nie jest w nastroju do harcy. Wet zapakował jej końską dawkę antybiotyku, zabronił karmić (bidula głoduje od wczoraj) i stwierdził, że chyba się zaczyna epidemia bo to już kolejny pies z taką przypadłością. Spod roztapiającego się śniegu wyłażą wszystkie bakterie i wirusy i atakują. Jutro znów musimy jechac na zastrzyk. PanY postanowił skorzystać z okazji i w drodze powrotnej  wstapić do Castoramy po różne niezbędne mu akcesoria. W efekcie naraził się Młodej,która bardzo nie lubi jak się jej stado rozłazi i wypatruje wszędzie tego osobnika, który się odłączył od reszty. Przybył do domu dwie godziny po nas, zmęczony i zziajany. Zjadł obiad, złapał gitarę i poleciał na próbę. Piesenka śpi właściwie odkąd wróciłyśmy do domu, więc mam spokój i ciszę i właśnie sobie siedzę i ogarniam sytuację. Tak się przyzwyczaiłam do samotności i niezależności, że nie umiem się przyzwyczaić do ciągłej obecności drugiej osoby. Jak dobrze, że on gra i choć te niedzielne wieczory będę miała dla siebie. Jak się rozeznam we własnych odczuciach to skrobnę. Zawsze to łatwiej się połapać co i jak, jak tak sobie człowiek wszystko opisze :)

czwartek, 6 stycznia 2011

Godzina zero...

...wybiła! Właśnie się pakuję, w oczekiwaniu na pomocników. Do wieczora powinnam być już całkowicie w nowym mieszkaniu. Zachodzę w głowę, jakim cudem uzbierałam przez cztery lata tyle rzeczy. Gdzie ja to pomieszczę?

sobota, 18 grudnia 2010

Dopisek

Po naradzie z Piesenką ogłaszam wnioski:

- jej dom jest tam, gdzie: ja, jej łóżko, miski i zabawki,
- mój dom jest tam, gdzie: ona, Miś Uszatek, moje książki i komputer,
- jakoś to będzie - jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było.

piątek, 17 grudnia 2010

Na kozetce u psychologa

Klamka zapadła. W drugi weekend stycznia wyprowadzam się. Opuszczam nasze osiedle. Przyjechałam tu cztery lata temu.  Tu mam zaprzyjaźnionych psiarzy, panią ze sklepu która specjalnie dla mnie zamawia fasolkę w słoiku, lecznicę weterynaryjną.   Cholernie się boję tęsknoty.

poniedziałek, 29 listopada 2010

Zzziiimno!

Awaria nieba! Sypie śniegiem na potęgę. Całe miasto sparaliżowane. Nie jeżdżą tramwaje, samochody stoją w korkach, co i rusz kursuje pogotowie. Mijałam po drodze trzy stłuczki i TIRa blokującego skrzyżowanie - nie wyrobił na zakręcie i stanął w poprzek. Droga z pracy do domu zwykle zajmuje mi 15-20 min (razem z oczekiwaniem na tramwaj), dziś wracałam półtorej godziny, z czego połowę piechotą, wśród zasp, bo chodniki nie odśnieżone, z wiejącym w oczy wiatrem i sypiącym śniegiem. Żal mi drogowców - wszyscy wieszają na nich psy za stan dróg, tymczasem pługi jeździły cały czas, cóz jednak z tego, skoro śnieg zasypywał to co odgarnęły. Taka syzyfowa praca... Moim zdaniem, w dużej mierze do sparaliżowania miasta przyczynili się sami kierowcy - niektórzy zachowywali się jakby zdrowy rozsądek zostawili w domu. A potem stoi taki zawalidroga po stłuczce i blokuje przejazd. A niektórzy (geniusze!) wyjechali dziś z domu na oponach letnich. osobiście znam takiego delikwenta. Tak zmarzłam, że nie mam siły dbać o poprawność tej notki pod względem językowym i wydawniczym. Rozgrzewam się za to grzanym piwem z sokiem malinowym :) Poniżej widok z mojego biura na jedną z ulic mojego Miasta.
   

środa, 17 listopada 2010

Żyję

Tak tak, żyję. Znów zapominam o regularnym pisaniu. Dużo czasu zajmuje mi praca. Mam jej nawał i osiem godzin to za mało więc siedzę po godzinach (oczywiście bezpłatnie) i ogarniam bałagan. Ciagle jestem zakopana w papierach choć - z ręką na sercu - pracuję sumiennie i nie obijam się. Po prostu taka ilość wniosków jaka wpływa jest nie do przerobienia w ciągu ośmiu godzin. Na dodatek ciągły strach - za niewielki błąd można dostać naganę, stracić premię albo wylecieć na bruk. W poprzedniej pracy byłam ciągle zmęczona, teraz jestem zestresowana. No ale coś za coś : )
W ramach leczenia antystresowego powróciłam do robótek. Malowanie na szkle, haftowanie - to u mnie teraz norma : ) Wróciłam też do ulubionej gry: Lineage II i naparzam moby kiedy chcę o wszystkim zapomnieć.
Obecnie zmagam się ze swoim "chciałabym a boję się". Postanowiliśmy z PanemY zamieszkać razem w styczniu. Muszę poinformować o tym PanaX. Wstępnie go informowalam, że pewno niedługo się wyprowadzę, teraz muszę powiedzieć że znam termin. Boję się tej wyprowadzki okrutnie.
Z drugiej strony cieszę się, bo tęsknię za PanemY i rodzinną atmosferą. I takie to moje obawy o przyszłość...

piątek, 20 sierpnia 2010

Psia kociara.

Jeżeli świat dzieli się na psiarzy i kociarzy to ja zdecydowanie jestem psiarą. Jednak od jakiegoś czasu czuję wewnętrzną potrzebę przygarnięcia jakiegoś kociego dyktatora:)
Planuję w niedługim czasie zmienić adres i współlokatora. Pan Y kibicuje kociarzom i marzy o własnym egzemplarzu więc jest szansa, że niedługo i ja zaspokoję swoje potrzeby :D
Tylko co na to Piesenka?

środa, 11 sierpnia 2010

Książka

Czytam świetną książkę: „Najstarsza prawnuczka” Joanny Chmielewskiej.  Kupiłam ją przypadkiem.Po aferze w pracy, o której pisałam wcześniej ale usunęłam post, potrzebowałam natychmiastowo poprawić sobie humor. Pierwsze podejście było na sposób męski: ululałam się wermutem:) Sama. W stopniu silnym. Ponieważ nie pomogło musiałam podjąć kolejną próbę.  Tym razem postanowiłam zrobić to po babsku:kupując sobie coś tyko i wyłącznie dla przyjemności. Jako że zakupy ubraniowe stresują mnie jeszcze bardziej, lakier do paznokci cieszy krótko a puzzli nie było, nabyłam w Empiku książkę. Nie byłam zachwycona bo książki kupuję regularnie a przygnieciona chandrą chciałam zaszaleć i kupić coś, czego normalnie bym nie nabyła. No ale trudno. Musiałam się zadowolić książką.
Dawno się tak dobrze nie bawiłam podczas czytania. Czytam dużo i różne pozycje, a tej nie potrafię zakwalifikować — niby kryminał ale przenosi w czasie. Akcja dzieje się na dwóch płaszczyznach — przed wojną i powojnie, gdy prawnuczka Matyldy czyta jej pamiętnik. Polecam bardzo. Zazwyczaj czytam w tramwaju, podczas drogi do/z pracy. Teraz mam urlop i czytam na kanapie, z psem wtulonym w moje plecy i kawką w dłoni. Zupełnie jakbym odnalazła kawałek dawnej siebie, z czasów kiedy miałam dla siebie dużo czasu i stanowiłam sama o sobie, nie musząc zawracając sobie głowy Randkoumawiaczem  i jego potrzebami. Chyba muszę się lepiej zorganizować i powrócić do dawnych zwyczajów.

niedziela, 18 lipca 2010

Zmiany

No to sobie pomilczałam. Musiałam sobie poukładać wszystko w głowie i wyjść na prostą. A po drodze zmieniłam jeszcze pracę :) Oczywiście cieszę się, choć praca moich marzeń to nie jest. Po CC przyszedł czas na towarzystwo ubezpieczeniowe. Na szczęście nie zajmuję się sprzedażą ubezpieczeń a jedynie likwidacją szkód. Praca cholernie ciekawa ale i stresująca. Minusem jest to, że firma mniej nowoczesna od poprzedniej a szefowie (w liczbie 2) w razie kłopotów poświęcą pracownika zamiast się za nim wstawić. Koleżanki w pokoju mam 4. Początek znajomości był trudny, do dziś daleko jej do ideału, ale przynajmniej nie boję się już odezwać. Póki co umowę mam do końca czerwca przyszłego roku, zobaczymy co będzie dalej. Razem ze zmiana pracy zmienił mi się rytm życia. Wreszcie praca w godz. 8-16 (teoretycznie bo praca zadaniowa i zdarza się zostać po godzinach) i wolne weekendy. Zupełnie inaczej mi teraz organizm funkcjonuje. Nie chodzę ciągle ospała, zniechęcona, sfochowana. Radością życia też co prawda nie tętnię, ale nie wyglądam już przynajmniej jak potencjalny samobójca. Jakże ja bym chciała odzyskać dawną radość życia i umiejętność cieszenia się pierdołami. Jakże mocno tęsknię za sobą sprzed kilku lat… Nie wiem czy jest to do odtworzenia bo i problemy inne i spojrzenie na wiele spraw. Nie lubię się takiej, jaką teraz jestem.